Ślub
"Na wielkiej scenie teatru zbudował Markowicz strzelistą konstrukcję z organowych piszczałek. Są ciemne, gdzieniegdzie połyskliwe, chłodne. W głębi sceny ciemne drewniane schody, jakby przydymione, na przodzie takie same stoły i zydle. Słychać rytmicznie powtarzające się dźwięki. Na naszych oczach rozpoczyna się rujnowanie świata. Sypią się z góry piszczałki organów, wyglądają teraz jak metalowe lufy dziwacznej broni. Piętrzą się na scenie w chaotyczny stos. Przez nieregularne prześwity przeziera tylna ściana teatru. Nie jest to wizja apokaliptyczna, lecz rujnowanie całkiem zwyczajne. Zwałowisko rur uprzątnie się potem, ale konstrukcja pozostanie do końca szczerbata i rozwalona.
Z drewnianych sprzętów łatwo ustawić karczmę, czy też fragmenty domów w Małoszycach, jak kto woli; spiętrzyć je na podeście schodów w królewski tron w drugim akcie, zaś w trzecim utworzyć spory podest na środku sceny. To miejsce Henryka, który zrobił się królem. Wygląda trochę jak szafot. Przedstawienie Minca rozpięte jest między mszą a farsą, toczy się między kościołem a karczmą. W kościele nie ma Boga, a karczmę tak łatwo zamienić można na wielką tronową salę.
Ślub to dramat człowieka współczesnego, którego świat został zrujnowany. To zdanie Gombrowicza stało się niemal definicją. Najpierw zobaczyliśmy rozwalanie świata. Teraz uczestniczyć będziemy w rujnowaniu człowieka. Właśnie uczestniczyć, jako świadkowie, niemi, bierni, może obojętni. Henryk zwraca się do nas, pozostali aktorzy zresztą też. Nie tylko monologi mówi Englert wprost do widowni, kieruje do nas również kwestie "na stronie", często gra z publicznością, do publiczności. Jakby brał nas za świadków, przed nami się tłumaczył, wciągał w swój sen."
Bożena Winnicka
| Reżyseria Tadeusz Minc |
| Muzyka Zbigniew Karnecki |
| Scenografia Andrzej Markowicz |
| Przygotowanie muzyczne Wit Zawirski |
| Współpraca scenograficzna Jolanta Bojanowska, Roman Wołyniec |
| Choreografia Zofia Rudnicka |







