Ludzie o małej duszy

Nietypowo rozpoczęto sezon 2015/2016 w radomskim teatrze. Dwie premiery, dzień po dniu, oparte na tekstach autorów, których dzielą wprawdzie trzy stulecia, ale łączy próba odpowiedzi na jedno pytanie: co naprawdę siedzi w ludzkiej duszy?

W piątek (11 września) zobaczyliśmy „Boga mordu" autorstwa Yasminy Rezy, współczesnej dramatopisarki i socjolożki. Reza pokazuje w swych utworach ludzi podlegających emocjom, które (w skomplikowanych relacjach między uczestnikami pozornie zwykłych rozmów) ujawniają dopiero słowa. Radomski spektakl wyreżyserował Krzysztof Babicki.
Oto w domu Véronique i Michela Houillié (Izabela Brejtkop, Marek Braun) zjawiają się Anette i Alain Reille (Joanna Jędrejek, Jarosław Rabenda). Ich spotkanie wymuszone jest koniecznością załagodzenia sytuacji po bójce ich synów, w której Frederick, syn państwa Reille walnął kijem bejsbolowym Daniela Houillie i wybił mu dwa zęby. Na pierwszy rzut oka widać, że porozumienie będzie trudne, bo obie pary sporo dzieli. Stają jednak naprzeciw siebie. Z jednej strony małżeństwo Houillié - nieznoszący zamożnych osób właściciel hurtowni i jego żona z artystycznymi aspiracjami, zajmująca się, najogólniej ujmując, walką o sprawiedliwość w świecie. Z drugiej - Reille'owie, czyli wzięty adwokat z koncernu farmaceutycznego z żoną, prowadzącą dom i wychowującą dzieci. Charakterystyki postaci dopełnia scenografia i kostiumy (Zofia de Ines). W nowobogackim salonie króluje Véronique Houillié (ciuchy przywołują styl bohemy: burza dredów na głowie, kolorowe szatki, fantazyjne szpilki) i jej mąż w zwykłym podkoszulku, skrzętnie przysłoniętym przez żonę fantazyjną marynarką. Ich goście są wymuskani, jak z żurnala. Alain w eleganckim, ciemnym garniturze (biała koszula, czarna teczka, w ręce komórka, z którą się nie rozstaje). Annette, wystrojona jak stateczna dama (staranna fryzura, czerwona elegancka suknia, takież szpilki i torebka, na nosie rogowe okulary dodające dostojeństwa).
I tak dostojnie, lekko napuszonym językiem rozpoczynają się negocjacje mające załagodzić konflikt wywołany przez niesforne nastolatki. Pary, krańcowo różne, początkowo trzymają na wodzy i emocje, i wyczuwalną od pierwszej chwili wzajemną niechęć. Czas mija, ale nikt nie chce ustąpić. Pozory pękają jak mydlana bańka, gdy na stole pojawia się alkohol. Okazuje się, że obie panie lubią sobie wypić (ze wszystkimi konsekwencjami) i znakomicie znają nieparlamentarne zwroty. Panowie też nie są lepsi. Mecenas ma całą sytuację w nosie, liczy się tylko praca i jego zainteresowanie przykuwa dopiero narastająca awantura. Bawi się przy tym świetnie. Hurtownik kindersztubę traci błyskawicznie. W dodatku okazuje się, że bójkę wywołała obelga „kapuś", podsyciła kolejna - „pedał". I właściwie satysfakcję poczuje jedynie mecenas Reille, kiedy zwycięzcą w potyczce okaże się jego jedyny idol - bóg mordu.
Krzysztof Babicki, w wywiadzie dla TV Dami powiedział, że nasze dzieci przejmują zło od rodziców. Nawet wówczas, gdy ci starannie kamuflują jego istnienie. Spektakl może zatem stać się rodzajem seansu psychoterapeutycznego, skoro daje okazję do zastanowienia się, co kryją nasze dusze.
To bardzo dobrze zrobione przedstawienie. Ma świetne tempo, nastrój (od śmiechu po grozę) zmienia się nieustannie, zaś jego największym atutem jest gra aktorów. Wszyscy prezentują duże umiejętności warsztatowe, zdolność do pokazania zmieniających się, jak w kalejdoskopie, nastrojów i emocji, często balansujących na granicy, którą tak łatwo przekroczyć. Izabela Brejtkop (Véronique), znakomicie gra i matkę lwicę, i atrakcyjną żonę, i zwariowaną społeczniczkę, i niedocenianą (nie znaczy skromną) artystkę. Joanna Jędrejek (Anette), zakompleksiona i znerwicowana kura domowa, po odpowiedniej dawce alkoholu, przeistacza się w awanturnicę bez hamulców, by po ataku lekkiego szału, uświadomić sobie, że damie pewne zachowania nie uchodzą. Trzeźwieje więc w szybkim tempie, nakłada okulary, wygładza ciuchy i znów wydaje się kobietą z klasą. Marek Braun (hurtownik) okazuje się cholerykiem, który jednak próbuje znaleźć jakiś sposób na wyciszenie narastającego konfliktu, co wychodzi różnie. Tym bardziej, że miota się między pijaną Anette, żoną awanturnicą, mamusią, która ciągle czegoś się domaga przez telefon, i irytującym przeciwnikiem. Bo Jarosław Rabenda w roli adwokata Reille jest naprawdę nieznośny (to rola jak z najlepszych lat), choć aktor ani razu nie przeciąga struny. Ani kiedy ostentacyjnie nie ukrywa braku zainteresowania wybrykami dziecka, ani kiedy wyprowadza go z równowagi zalana w pestkę małżonka, ani wówczas, gdy świetnie się bawi jako widz skomplikowanej sytuacji towarzyskiej, co z pewnością ułatwia wlewany mu w siebie rum. Ale nawet na rauszu potrafi szybko powściągnąć ochotę do bitki z gospodarzem.

Krystyna Kasińska
"Miesięcznik Prowincjonalny" nr 5/2015 (152)