Dojrzewanie do odpowiedzialności

Opowieść o jednostce, która zbłądziła, jej drodze do zrozumienia swojej winy i przyjęcia na siebie odpowiedzialności za grzeszny czyn - o spektaklu "Zbrodnia i kara" w reż. Grigorija Lifanova w Teatrze Powszechnym w Radomiu pisze Katarzyna Piwońska z Nowej Siły Krytycznej.

Gdy publiczność zajmuje miejsca, aktorzy są już obecni na sali. Można więc odnieść wrażenie wkraczania do rzeczywistości, która istnieje gdzieś obok nas. To poczucie zostaje zachowane przez cały spektakl dzięki układowi widowni i sceny, umożliwiającemu obserwowanie postaci z niewielkiej odległości, bez dystansu i nawiasu w postaci scenicznej ramy - podobnie dzieje się w powieści "Zbrodnia i kara", w której narrator pozwala nam się z bliska przyglądać myślom i emocjom bohatera. Rzędy foteli zostały ustawiono po dwóch przeciwległych stronach sali, pomiędzy nimi zaś na planie prostokąta zaaranżowano petersburskie uliczki (zasugerowane przez wąskie alejki rozświetlone latarniami). Po jednej stronie znajduje się mieszkanie Rodiona Raskolnikowa, po przeciwnej - sędziego śledczego, co odzwierciedla symbolicznie relację między dwoma bohaterami. Spór między nimi reżyser czyni osią przedstawienia. Atmosferę tych miejsc podkreśla prosta, ale właśnie przez to bardziej dojmująca, ścieżka dźwiękowa: natrętne bzyczenie muchy w klitce Rodiona, nerwowe tykanie zegara w pokoju przesłuchań. Mieszkanie Alony Iwanowny kryje się za drzwiami i do końca pozostanie dla oczu widzów tajemnicą - będziemy mogli jedynie usłyszeć, co się dzieje wewnątrz. Grigorij Lifanov unika w ten sposób epatowania przemocą, a kieruje uwagę ku przyczynom tytułowej zbrodni i dojrzewaniu do przyjęcia na siebie kary.

Lifanov, chcąc zamknąć "Zbrodnię i karę" w niespełna dwugodzinnym spektaklu, musiał dokonać w tekście radykalnych cięć: wykreślił szeregi sceny, monologów, wreszcie - całe wątki i postaci. Nawet słynna Sonia jest tu istotna tylko ze względu na rolę, jaką spełnia w przemianie głównego bohatera, nie zaś indywidualny los i sytuację rodzinną - te są tylko wspomniane na marginesie. Dzięki sprawności i konsekwencji w realizacji ustalonej wizji "Zbrodnia i kara" na deskach radomskiego teatru staje się przede wszystkim opowieścią o jednostce, która zbłądziła, jej drodze do zrozumienia swojej winy i przyjęcia na siebie odpowiedzialności za grzeszny czyn.

Ciekawym aspektem tej interpretacji jest mocne akcentowanie młodego wieku Raskolnikowa. Znajduje się on na etapie poszukiwania sensu, własnego miejsca w świecie, roli w rzeczywistości. Bohater prowadzi rozważania intensywnie, aż do białej gorączki. Nie gwarantuje to jednak znalezienia właściwej ścieżki i dokonania słusznych wyborów. Młody człowiek pozostawiony sam sobie może stworzyć na własny użytek teorie śmiałe, nawet rewolucyjne, a przy tym nie szanujące podstawowego prawa każdego człowieka - czyli życia. Tak właśnie uczynił Rodion Romanowicz i posunął się jeszcze krok dalej: wcielił swoją koncepcję w życie, likwidując uznaną przez siebie za wesz Alonę. Lecz nie tylko ją - traf chciał, że aby ratować się przed wydaniem, musiał zabić dobroduszną Lizawietę. Misterny plan posypał się - z eliminatora szkodliwych dla społeczeństwa jednostek we własnych oczach zmienił się w tchórzliwego mordercę niewinnych - w wesz.

Opisany przypadek nie jest odosobniony i czysto literacki, bo media raz na jakiś czas podają informację o szokujących zbrodniach dokonanych właśnie przez młodych ludzi, czy kolejnej masakrze w szkole, której dopuścił się nastolatek z tak zwanego dobrego domu. Spektakl trafia też w czas, w którym zaczyna się mówić o niezadowoleniu młodych ludzi wkraczających na rynek pracy, powstają spontaniczne lub zorganizowane ruchy młodzieżowe, podkreśla się ich chęć i gotowość do uczestnictwa w społecznej debacie, docenia otwartość w głoszeniu własnych poglądów, artykułowaniu potrzeb - w spektaklu Lifanov szepce nam do ucha "Tak, doceniajmy, ale nie przeceniajmy". Właściwe młodości odwaga, głoszenie radykalnych sądów mogą przyciągać uwagę mediów, zyskiwać sympatię. Takie postawy jak pokora, empatia, odpowiedzialność nie są spektakularne, trudno je dostrzec, ale to właśnie one sprawiają, że ludziom łatwiej żyje się z sobą. Często nauczyć się można tego dopiero na błędach - lepiej, żeby były to pomyłki Raskolnikowa, nie własne.

Opozycję młodość - starość uwypukla też decyzja obsadowa dotycząca postaci Porfirego Piotrowicza (w powieści bohater ma 35 lat), w którą wcielił się Janusz Łagodziński. Sam staż sceniczny tego aktora trwa dłużej niż są na świecie obaj odtwórcy roli Rodiona Romanowicza (byłego studenta będą grać na zmianę dwaj niespełna trzydziestoletni aktorzy: Marek Braun i Sebastian Cybulski). Porfiry Piotrowicz to przebiegły śledczy, który potrafi zmylić winowajcę dzięki aktorskim umiejętnościom i rozszyfrować jego pobudki dzięki dojrzałości, bagażowi życiowych doświadczeń. W radomskiej realizacji ta postać zyskuje godnego odtwórcę - Łagodziński w tej roli magnetyzuje. Tak jak jego bohater zdobywa krok po kroku przewagę psychologiczną nad Raskolnikowem, tak sam aktor przekonuje publiczność do przyznania mu palmy pierwszeństwa w zespole aktorskim. Przy czym cała obsada zasługuje na uznanie - w "Zbrodni i karze" udało się Lifanovowi zebrać grupę twórców świadomych, obdarzonych wyobraźnią i zmysłem obserwacji, a przy tym dających z siebie na scenie wszystko dla stworzenia pełnokrwistych postaci.

Spektakl przygotowany w radomskim teatrze może trafić do bardzo szerokiej publiczności - w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Spektakl spodoba się zwłaszcza tym, którzy tęsknią za teatrem opowiadającym widzom ludzkie historie, nie silącym się na testowanie wytrzymałości odbiorców. To oczywiście pozycja obowiązkowa dla wszystkich klas licealnych - wcale nie ze względu na obecność "Zbrodni i kary" na liście lektur, ale na fakt, że przedstawienie opowiada o człowieku w zbliżonym wieku, borykającym się z podobnymi problemami, co młodzi ludzie. Myślę, że z czystym sumieniem mogę je polecić także gimnazjalistom (zwłaszcza tym ze starszych klas) - szczególnie jeśli wychowawca uzupełniłby odbiór spektaklu o rozmowę podczas godziny wychowawczej. Widzę też w "Zbrodni i karze" okazję do spotkania poprzez teatr dla rodziców i ich dorastających dzieci - wychodząc od przypadku Rodiona można w naturalny sposób przejść do rozmowy o własnej sytuacji. Myślę, że dorosłym inscenizacji powieści rekomendować nie muszę - ale to zrobię: intelektualnie wyważona, przemyślana, atrakcyjna formalnie, dramaturgicznie sprawna... Warto spędzić te dwie godziny w radomskim teatrze.

Katarzyna Piwońska
Nowa Siła Krytyczna
10-03-2012