Bardzo gorzkie "Wesele", ale wspaniały spektakl w Teatrze Powszechnym w Radomiu

Alkoholik Nos to jedna z postaci wiodących w "Weselu" Stanisława Wyspiańskiego, którego pierwsze przedstawienia odbyło się w sobotę, 14 czerwca, w Teatrze Powszechnym.

Mikołaj Grabowski, reżyser "Wesela", stawia rzecz jasno: na weselu pić trzeba. Dlatego już w pierwszej scenie wita nas ławeczka ("Ranczo"?), na której fertyczna babeczka, Klimina - Iwona Pieniążek), odkręca pół litra i nalewa sobie kielonka. Prowadząc dialog z Radczynią - Joanna Jędrejek, ów kielonek zapełnia jeszcze kilka razy. Siedzący obok panowie też ale prym wiedzie, "po wójcie wdowa". reklama Za chwilę ławeczkę zapełniają Dziad - Wojciech Ługowski, Ojciec Włodzimierz Mancewicz, Jasiek - Adam Majewski, Gospodarz - Jarosława Rabenda , Czepiec - Marek Braun i kto tam się jeszcze nawinie. A połówka krąży gęsto. Przecież wesele.
Wesele jest w bloku To nie jest wesele w bronowickiej chacie a w bloku, czy nawet ściślej - przed blokiem, bo na scenie ściana z oknami. I tylko Młodzi: - Kamil Woźniak i Magdalena Placek oaza Gospodarz są w strojach z Wyspiańskiego. Coś z tradycji musi zostać. Reszta gości ma stroje współczesne, a Zosia (Katarzyna Dorosińska) i Haneczka (Klaudia Kuchtyk) nawet modne legginsy. Wywijają w nich taniec mocno erotyczny pogladając gdzieś w stronę drużbów "z pawimi piórami."

Reżyser dawkuje weselne dialogi par zmusząjąc widza do pilnego śledzenia akcji. A to w oknie pojawia się Żyd - Piotr Kondrat, z którym Pan Młody zaczyna dialog: "przyszedł Mosiek na wesele…" A to z drugiego okna wychyla się Rachela - Karolina Łękawa, która także z wysoka porozmawia za chwilę z Poetą - Łukasz Mazurek.
Światło wychwytuje kolejne pary wyłaniające się w różnych miejscach sceny pogrążonej w mroku. I niby mówi się za Wyspiańskim o niczym a w powietrzu coś narasta. Kwiaty wręczano wszystkim aktorom. Barbara Koś Kwiaty wręczano wszystkim aktorom. (fot. Barbara Koś) Pora zmór Narasta, by wymęczonym weselnikom pojawiły się zmory. Najbardziej porusza rozmowa Szeli- Włodzimierz Mancewicz, z Dziadem. Dopóki nie pojawi się Wernyhora - Piotr Kondrat. Przestraszony Gospodarz (wspaniała scena Rabendy) zasłania się żoną w alkierzu. Na nic. To on otrzymuje Złoty Róg, którym powiedzie do walki. I tu cichy dotąd Gospodarz wpada w amok. Wysyła Jaśka, by zwołał "chłopów z kosą" dając mu Złoty Róg. Krzyczy na zdumionych gości: "w pysk wam mówię litość moję"! - Ot szaleje - konstatuje Gospdyni - Izabela Brejtkop, przepraszając gości. Dodając całkiem już nie z wieszcza - zaraz będzie tort.

Tak znakomitego spektaklu nie było dawno.


Scenę w cześć drugiej przedstawienia wypełnia długi stół .a la Ostatnia Wieczerza. Siedzą przy nim wszyscy bohaterowie. Pierwsze skrzypce gra Nos.. "-Chopin, gdyby jeszcze żył, toby pił…" konkluduje pijak. Dialogi toczą się leniwie. Gość z lewej dialoguje z gościem z prawej, trzeci z piątym. Część biesiadników śpi z głowa na stole. Lecz nie usypia nas ten pozorny bezwład. Kosy na sztorc już stoją. Ktoś mówi, że trzeba iść. Gdzie? Po co? Z trudem dobudzony Gospodarz coś sobie przypomina. Co? Za stół dosiada się nikomu nie znany Chochoł - Robert Mazurek. Letarg trwa. Coś będzie. I jest. Wpada Jasiek, zziajany, bez Rogu. - Już świtanie, już świtanie, tu trza bydłu paszę nieść! Jakże ja se radę dam? Oni we śnie ja ino sam? - Powyjmuj im kosy z rąk - radzi Chochoł. I zaczyna się słynny chocholi taniec.
Bohaterowie nie tańczą, kołyszą się tylko miarowo za stołem. A obrotówka przenosi nas w inną izbę, w której na ławeczce grupa gości wali z gwinta w takt biesiadnej pieśni. W drugiej części przedstawienia wita nas długi stół. Michał Grabowski

W drugiej części przedstawienia wita nas długi stół. (fot. Michał Grabowski) I tak w koło - kiwający się za stołem i pijący z ławki, kiwający się za stołem i pijacy z ławki. A po widowni biega Jasiek w żołnierskim stroju, z biało czerwoną opaską krzycząc: "chyćcie koni! Chyćcie broni! Chyćcie broni! Czeka was Wawelski Dwór!"

To bardzo przejmujący finał przedstawienia, jakiego dawno nie było na radomskiej scenie. Jesteśmy słabi, wpatrzeni tylko w siebie, wobec wyzwań bezsilni. Chcemy zmienić przyszłość ale pozostajemy w letargu. Budzimy się na moment jak Gospodarz lecz zaraz tracimy szansę. I pijemy, pijemy, pijemy. - Czasy się zmieniły. Ale diagnozowanie Polski na bazie "Wesela" nadal obowiązuje- mówił przed przedstawieniem Mikolaj Grabowski. - Pewne cechy polskości myśmy w sobie zahibernowali. One są niezmienne. I taki jest wniosek z tego przedstawienia.
-Wydaje mi się, że jest w "Weselu" coś odwiecznie polskiego - pisał w roku 2007 Jan Błoński. - Jeśli można tak powiedzieć - głębokie poczucie mentalności narodowej. Choć w gruncie rzeczy trudno byłoby mi wytłumaczyć dlaczego dzisiejszy widz nigdy się na "Weselu" nie nudzi.

Barbara Koś
"Echo Dnia", 14.06.2014