O spektaklu "Ja, Feuerbach" pisze Łukasz Drewniak

06.11.2018
W Radomiu dyrektor Zbigniew Rybka przypomniał sztukę Tankreda Dorsta Ja, Feuerbach. Jak to dobrze, że ją przypomniał... Dorst opowiedział przecież o dotkliwej nędzy i urojonej wielkości komedianctwa.

Na specjalne zaproszenie cenionego reżysera Lettaua przychodzi do pustego teatru aktor Feuerbach. Ma pokazać reżyserowi fragmenty swoich ról, Lettau chce go obsadzić w nowym przedstawieniu, ale Feuerbach od siedmiu lat nie grał, umarła mu żona, był w domu wariatów, miesza mu się teatr z życiem. No i na widowni Lettaua nie ma, siedzi gdzieś na ostatnim piętrze gmachu, pogrążając się w szaleństwie perfekcji i analizy, obrażonego i upokorzonego Feuerbacha przesłuchuje gburowaty asystent. W roli figur symbolicznych wkracza na scenę chaplinowsko-beckettowska kobieta z ludu i niewidzialny pies. Wkurzające lustra dla aktorskiego geniusza.

Feuerbacha jako pierwszy zagrał Tadeusz Łomnicki i była to jedna z jego finalnych, popisowych król -- Krapp, bohater Komedianta, Bogusławski... Łomnicki wplatał w monologi Feuerbacha fragmenty swoich, nie jego kreacji z przeszłości, był kabotynem, uzurpatorem i człowiekiem głęboko skrzywdzonym przez sztukę. Nie ulegało wątpliwości, że nie tylko gra rolę szalonego aktora, ale robi bilans, zamyka pewne sprawy, puszy się i miota, studiuje własną wielkość i pisze traktat o teatrze. Po Łomnickim jakoś głupio było sięgać po tę postać. Próbował dwukrotnie krakowski aktor Tadeusz Kwinta, słynny Myszowaty z Kabaretu Olgi Lipińskiej i w tej wersji była to spowiedź aktora, który wielkim nigdy nie został, studium nieodwzajemnionej miłości do teatru. W Warszawie zagrał i wyreżyserował Ja, Feuerbach Piotr Fronczewski jako sprzeciw wobec nowego teatru, z wyakcentowanym tematem żalu, że tyle ról, spektakli ominęło wielkiego aktora. Pisze więc na scenie testament teatralny, sam siebie i teatr jego czasów opłakuje, żegna, składa do grobu. Żałujcie!

W Radomiu na pustą, niedoświetloną kameralną scenę z drabiną przy tylnym prospekcie przychodzi Jarosław Rabenda -- na oko pięćdziesięcioparolatek, czołowy aktor od Kochanowskiego, lider zespołu. Jest najmłodszy z polskich Feuerbachów. Nie widzę cytatów z innych ról Rabendy, bo nie znam przedstawień, do których aktor mógłby się odwoływać. Jest więc postać. Delikatny, zalękniony mężczyzna, w którym z chwilą rozczarowania -- Lettaua nie ma! -- budzi się demon, prześladowca, upierdliwy staruch. Radomski Feuerbach akcentuje nie tylko swoje umiejętności mimetyczne, przeskoki od postaci do postaci, z jednego stanu emocjonalnego w drugi. On raczej jest reżyserem -- ma wizję całego teatru, właściwego odczytania klasyki. Bardzo mocno wybrzmiewa w spektaklu idea, żeby francuską i niemiecką klasykę grać na siedząco, na krzesłach przy wielkim stole, mówić wiersz i tworzyć postaci jakby podczas salonowej konwersacji. W Rabendzie jest coś z Andrzeja Hudziaka z najlepszych ról -- skupienie i wycofanie, elegancja w upadku i degrengoladzie. Rabenda gra cień, który przyszedł do teatru stać się znów człowiekiem, bo może się przeistoczyć tylko na scenie, sęk w tym, że nie wie, jaki powinien być, którą formę przybrać? Stąd rozchybotanie, nieustanne pękanie masek, które założył. Jakby spod każdej kolejnej wydobywał się nowy, zupełnie inny człowiek, jakby sublimowała się prawda o tym przybyszu, czyli szaleństwo, zarażenie patosem i udawaniem. Feuerbach z Radomia nigdy nie zagrał wielkich niemieckich bohaterów, przynosi na scenę do nieobecnego lub niewidzialnego Lettaua całą nędzę prowincjonalnych fars i komedyjek. On nic wielkiego w życiu nie zagrał, on tylko marzył, że zagrał. Opowiadał, jak zagrał. Nie zagrał. W kłótniach z chamskim asystentem Feuerbach zakłada marynarkę na oparcie krzesła, zdejmuje buty, opróżnia kieszenie z bilonu i guzików, jakby to były nic nie znaczące role. Rabenda gra Feuerbacha, który powrócił do domu, w którym mieszka już ktoś inny. I pozmieniał meble, przemalował ściany, więc ten, który wraca, widzi dwa światy naraz: poprzedni i obecny wystrój. Próbuje być w obu czasach i wtedy też wraca w nim on sam sprzed lat. A tego nie przetrzyma nikt. W najlepszej scenie spektaklu Feuerbach zaczyna występ przed ukrytym w ciemności na widowni Lettauem, najpierw się tłumaczy, ma trochę pretensji, nagłe pojawienie się mistrza rozbiło mu całą strategię. Przecież on już wszystko zagrał przed asystentem, jest zmęczony, wypruty. Ale podejmuje ostatnią próbę, siada na krześle tak jakoś bokiem, odwrócony i obrażony, mówi właściwie przez ramię, łypie okiem na widownię, jakby się bał, że stamtąd padnie cios. Założył marynarkę, ale o zdjętych butach zapomniał, mówi monolog z Tassa wedle swojej teorii o artykulacji na siedząco, ale już nie ma w nim ani wielkości, ani metafizyki. Rabenda gra w tej chwili aktora, który ma w głowie dwie interpretacje tekstu i propozycje roli, może je rzeczywiście kiedyś zagrał, może tylko obmyślił. I teraz obie biją się o dostęp do gardła aktora. Feuerbach zaczyna z jedną postacią w głowie, ale mówi za niego inna. Potem wers na pierwszej tonacji, następnie wers na drugiej. Pojawia się strach, bo aktor już wie, że nie idzie, że przegrywa. Zacina się, pauza, zapomina tekstu. Zaczyna w innym miejscu monologu, nic już nie jest spójne. Traci nadzieję, wiarę, próbuje tę swoją amnezję wciągnąć w myślenie o postaci Tankreda. Jego głowa jest jak garnek z gotującą się wodą, który podnosi pokrywkę, a potem studzi się stopniowo, zasklepia. Już nic z niego nie wyjdzie. Bardzo precyzyjnie Jarosław Rabenda gra ten monolog Feuerbacha, monolog, w którym wszystko się rozwala, umiera, znika aktor. Koniec. Feuerbach zbiega ze sceny w ciemność kulis. Asystent-cham (Mateusz Kocięcki), włazi na scenę. Jest sam ze swoim triumfującym zdziwieniem. Po Feuerbachu zostały rozrzucone buty. Takie same jak te, które leżą na jezdni po wypadku, kiedy samochód walnie w pieszego. Ciało wywieźli, buty leżą. Pokazują człowieka, który przestał być. Rabenda zagrał przed chwilą to nie-bycie.

Radomska wersja dramatu Dorsta jest o niemocy teatru, który nigdy nie wygra, nie zostanie zapamiętany. Był Feuerbach, zagrał, czego nie zagrał, błysnął i zniknął. Ani geniusz, ani szaleniec, po prostu cierpiący człowiek, który nie umiał podzielić się swoim cierpieniem, nie przekuł go w wielką sztukę. Na scenie i w życiu cierpiał oddzielnie. I razem z nim zniknął teatr, którego nie było. Nie mogło być.

Jest w Radomiu taki fajny aktor. Jarosław Rabenda.

Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X