Udana premiera "Szklanej menażerii" w Teatrze Powszechnym w Radomiu

recenzja Barbary Koś z "Echa Dnia"

 

"Szklana menażeria" Tennessee Williamsa w reżyserii Katarzyny Deszcz przedstawiona w sobotę w Teatrze Powszechnym wpędza w depresję. Ale warsztatowo zrobiona jest wspaniale.

 

Rodzina Wingfieldów nie wyciągnęła dobrego losu w życiu. Dlatego porzucona przez męża matka - Danuta Dolecka - obsesyjnie skupia się na przyszłości swoich dorosłych dzieci.

Amanda Doleckiej przerażająco dominuje i w rodzinie i na scenie. Tokuje jak pawica, wdzięczy jak nastolatka, wszędzie i zawsze jest na pierwszym planie. To ona będzie autorką planu wydania córki za mąż, planu, który pogłębi nieszczęście. Przy takiej matce dzieci mogą tylko żałośnie popiskiwać. Syn Tom -Antoni Paradowski - jest urabiany przez matkę jak plastelina. Marzy o poezji, pisze wiersze ale w hurtowni gdzie pracuje, pakuje tylko buty do pudeł.

Córka Laura, w wykonaniu Mai Luxenberg, to prawdziwy majstersztyk. Wiecznie skulona na kanapie albo poruszająca się jak cień, lekko utykająca i chorobliwie nieśmiała, przebywa w swoim świecie szklanego piasku, w którym rzeźbi zwierzęta.

I czy dziwnym jest, że matka chce wytrwać córkę z izolacji? Że szuka jej męża? Że zmusza syna, by zaprosił do domu kolegę z pracy?

Bo Tom przyprowadzi wreszcie Jima (Michał Kitliński). Amanda szykuje przyjęcie. Lecz kiedy już, już, pocałunek młodych wisi w powietrzu, wkracza matka - triumfalna zwyciężczyni. I wtedy właśnie okaże się, że Jim jest już zajęty.

Nie wyjdzie jako narzeczony Laury. Pozostawi rodzinę i widzów w punkcie wyjścia. A nawet poniżej tego punktu. Na dnie.

Reżyserka, Katarzyna Deszcz, bardzo klarownie pokazuje tych nieudaczników. W jej interpretacji całe zło rozpoczęło się od odejścia ojca, który niefrasobliwie zostawił matkę z dwójką dzieci i bez środków do życia. Nie mająca żadnego zawodu matka mogła tylko popaść w nerwicę a funkcję głowy rodziny przejął Tom. Za szybko.

Ostatnie scena spektaklu, w której Laura po chwilowym ożywieniu znów kuli się na kanapie, przygnębia. Bardzo przygnębia. Źle wyciągnięty na loterii życia los Wingfieldów trwa. Trwać będzie bez końca? Ten los odbija się w lustrze zaprojektowanym przez scenografa, Andrzeja Sadowskiego. Los nieszczęśliwych ludzi, którzy tkwią w rodzinnym piekle. Bez szans na ucieczkę.

Warto zobaczyć to przedstawienie. Może w tym lustrze zobaczymy siebie?

Zupełnie natomiast nie rozumiem quasi erotycznych scen pomiędzy rodzeństwem. Do całej gamy nieszczęść tej rodziny jeszcze i kazirodztwo? To już chyba zbędny grzybek w barszczu tego bardzo dobrego przedstawienia.

Barbara Koś
"Echo Dnia"
15.02.2015

 

 
statystyka